Kupiłam owczarka australijskiego! Pierwszy tydzień z Aplauzem

Kto nas śledzi w social mediach, ten wie! Tydzień temu sfinalizowałam zakładanie rodziny i trafił do nas mały puchaty dżentelmen. Żyjemy, mamy się różnie, nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale kocham już tego smroda.

Kto czeka, ten się w końcu doczeka

Kiedy 6 lat temu dowiedziałam się w internecie o istnieniu owczarków australijskich, moje serce zabiło mocniej i ten stan dopadał mnie przy każdym kontakcie z rasą, aż do teraz. Po drodze były przejściowe fascynacje: niedawno na przykład whippetami, ale nic z tego, kolorowe, uśmiechnięte pastuchy przykleiły się do mnie jak rzepy do ogonów tych aussich, które je mają. Ale wiecie, życie jest przewrotne. Ponad dwa lata temu zaczęłam szukać hodowli i… adoptowałam Farsę. No, wiadomo, zdarza się najlepszym zboczyć nieco z kursu i zmienić swoje plany na najbliższe 15 lat o 180 stopni! A Farsz, jaki jest, każdy widzi – nie było mowy o drugim psie przez minione dwa lata. Jojczyłam, że chcę australijczyka, wiedząc, że to bezterminowe. Bo najpierw nie ogarniałam Łaciatej, potem mało zarabiałam, potem koty urządziły sobie festiwial chorowania, potem nawróciły stany depresyjne, w międzyczasie jednak poznałam hodowczynię, z którą pomimo tylko facebookowej znajomości poczułam flow i wiedziałam, że chcę psa od niej. No ale na nowe mioty w ciągu roku-półtora się nie zaniosło, za to dostałam propozycję zakupu papisia, który już był na świecie. I wtedy, choć byłam przerażona, zrozumiałam jedno: idealnego czasu nie będzie nigdy. Oczywiście nie oznacza to, że można sobie sprawić kolejne zwierzę bez jakiegokolwiek zaplecza: czasowego, finansowego i tego związanego z gotowością rezydentów na szczenię. U mnie jednak czas już by nic nie dał. Miałam niezbędne zasoby, a reszta pozostała w sferze obaw, które byłam w stanie łatwo skontrargumentować. Szybka rozmowa z W. i z moimi przyjaciółmi, żeby usłyszeć, że mnie nie pogrzało do reszty, a jeśli pogrzało, to trudno, go for it! i… jest i on! Pampuch w kolorze berneńczyka (ale wolę wersję, że pod kolor Farsy), co nie merda, lecz twerkuje!

A w sumie czemu aussie?

Tak jak czytałam Tokarczuk na długo przed Noblem, tak chciałam aussika na długo przed tym, jak zalały polskie ulice w ilości zatrważającej. Jasne, że są śliczne jak z animacji Disneya. Jednak przede wszystkim ja przy całej mojej miłości do Farsy tęskniłam za owczarkami. Przedtem był Atos w typie ON, ale ta rasa jest dla mnie już dawno wykluczona z potencjalnych planów z powodu bezkresnego przerasowienia. Ale kochałam jego kochanie roboty. Farsa roboty nie kocha. Farsa kocha smaczki i piłeczkę. I w porządku, od dawna już ją taką akceptuję. Jednak brak mi było psa “dla siebie” – do pracy, do sportów, do zawodów, do tego, co do tej pory oglądałam z daleka. Aussie to dla mnie uosobienie tych oczekiwań. Dla wielu oczywistym wyborem byłby tu border, ale nigdy nie czułam żadnej osobistej chemii z tą rasą i nie, drodzy, te rasy nie są prawie takie same! Są wręcz dla mnie skrajnie inne w sposobie pracy i poziomie wrażliwości. Wprawdzie australijczyk to debiut i może po Aplauzie wcale tej rasy kochać nie będę, ale as I said, serce nie sługa i nie wierzę, że przez 6 lat się myliło.

Wiem też, że jakiś odsetek osób nie pochwali mnie, jako że związana jestem ze schroniskiem i adopcjami, ale świadomie wybrałam nieadopciaka. Przy zaburzeniach Farsy branie psa o nieznanej przeszłości byłoby strzałem w obie stopy i kolana. Jasne, fajnie jest pomóc jakiemuś bezdomnemu zwierzęciu, ale nie kosztem złamania sobie karku i pogłębienia problemów zwierzęcia, za które już odpowiadam. Farsa jest najlepszym przykładem na to, że dużo można przepracować, ale jeśli nie miałam wpływu na geny i pierwsze tygodnie życia psa, to najszczersze intencje i nadludzki wysiłek mogą nie wystarczyć. Aplauz był wyborem w 100% nakierowanym na Farsę – nie obchodziła mnie płeć, wielkość ani umaszczenie. Papik miał być z tych mniej natrętnych na tle rodzeństwa, nielękliwy, skoncentrowany bardziej na człowieku niż na psach. I takiegoż dostałam!

fot. Katarzyna Sieto

Norma to pojęcie względne

Bez jaj, wychodzę z psem, a on nie telepie się z przerażenia, gdy słyszy samochody i nie robi afery na pół Wrocławia, gdy jakaś pani zaczepia mnie na ulicy i pyta o drogę. Więcej: ma łeb z betonu i nie przeprasza, że żyje, kiedy słyszy komendę zakazującą. Jakby mało było dziwactw, wychodzi z domu i sika, po prostu sika! zamiast pół godziny walczyć o życie z wiatrem, przejeżdżającym autobusem i psem na drugim końcu osiedla, którego ja ledwo widzę. Naprawdę, Farsa lała w domu przez przeszło 10 miesięcy, bo stres na dworze ją skutecznie paraliżował. Wszystkie te rzeczy są dla mnie przedziwne. Moja norma to walka o każdą sekundę normalnego spaceru, a moje skille wczesnego przewidywania każdej zmiennej w środowisku są ogromne. I nie ukrywam, bardzo mnie cieszy, że choć Farsa przypłaciła to wieloma moimi błędami, jestem teraz znacznie mądrzejsza.

Seba i Karyna

Wszyscy wiemy, że Farsz to stereotypowa Karyna. Niby fajna z niej laska, ale oprócz tego, że chodzi w dresie, to oszczeka cię w niebogłosy, kiedy tylko spojrzysz w jej stronę, jakby z dresiarską słynną uprzejmością pytała: “masz jakiś problem?!”. Czasem jej się chyba wydaje, że teren wokół naszego bloku i wybieg w schronisku, do którego zabieram ją do pracy, to jej osiedle i musi to wszem i wobec manifestować. Aplauz w tym wszystkim jest skrajnie inny, a jednak podobny! Pewności siebie mu nie brak, wręcz mam wrażenie po paru dniach wspólnych przeżyć, że w przyszłości może mieć jej aż nadto, więc chcę się mocno skupić na tym, aby chętnie oddawał mi kontrolę w trudnych sytuacjach. Anyway, rzecz w tym, że jak pies czy kot wpieprzy mu się w jego przestrzeń albo za długo się w niego będzie wgapiać, Aplauz w całej swej puchatej powadze powie swoją postawą, co o tym myśli, czasem odpysknie. No Sebix totalny! Cieszę się, że jest odważny, ale nie zamierzam mu tworzyć pola do wzmacniania tych zachowań. Uczymy się więc teraz, że fajniej jest jak się odejdzie niż jak się grozi albo demonstruje.

Relacja Aplauza z Farsą

Zacznę od tego, że jest niewielka. Przy zapoznaniu to Aplauz wystraszył się Łaciatej, bo nie przewidziałam, że ona bez żadnego: “cześć, jestem Farszu, jestem lękowa i mam dużo kropek, a ty to kto?” wbiegnie na niego z zaproszeniem do dzikiej zabawy. Strachu już nie ma. Są inne rzeczy. Dobre i złe. Z dobrych to Farsa jak na siebie całkiem dobrze znosi nowego domownika. Lepiej niż moje puppy-tymczasy! Były z dwie sensowne zabawy, jednak – przechodząc do rzeczy złych – tricolory płynnie z fajnych interakcji przejść potrafią do idiotycznych, wzajemnych demonstracji i dystansowania. Nie mogę się doczekać, aż uda mi się za jakiś czas dać im przestrzeń do wspólnego spacerowania, bo to na pewno zmieni trochę rozkład emocji. Farsz zdaje się jeszcze nie kumać w 100%, że to “jej” pies, bo “swoje” psy traktuje w swoim mieszkaniu inaczej. A co do spacerów właśnie – osobne! Plan dnia Farsy się nie zmienił. Zaś dziecko z racji okresu międzyszczepiennego tupta ze mną na razie po osiedlu, na parki i miejscówki za miastem czas przyjdzie wraz z odpornością i wzrostem sił w białych łapkach. Jak ja to ogarniam czasowo? Padam na ryj, kiedy kładę się do łóżka, ot co. Czeka mnie teraz połączenie kilkunastu wyjść z psami z pełnym etatem, bo pierwszy tydzień był urlopowy. A poza psami mam kilka innych obowiązków. Także trzymajcie kciuki, abym nie umarła z wycieńczenia lub przedawkowania kofeiny. Osobne spacery to niestety konieczność. Przed samym snem, gdy osiedle głuche jest od ciszy, poddaję się i biorę pieseły razem – na trawnik i z powrotem. I już po tych wyjściach widzę, że dopóki nie zbuduję superrelacji z Aplauzem, to wincyj nie ma sensu. Młody reaguje bardzo na momenty, w których Farsa rekreacyjnie szczeka w eter, no i jest za bardzo pobudzony jej obecnością.

Legendarny poziom energii australijczyka

…wcale legendą nie jest! Farsz była i jest psem bardzo aktywnym, ale jako papik radziła sobie z tym dość lekko. Nic mi nie niszczyła, zadowalał ją jeden pluszak na podłodze i raz dziennie jakieś ucho czy żwacz do pomemlania. Aplauz, gdyby nie komenda zakazująca i milion zabawek everywhere, zamieniłby nasze mieszkanie w pobojowisko. Trzeba spróbować nogi od stołu, puzzli piankowych, pudełka od planszówki, tkaniny łóżka i pufy, kociego drapaka… GRYYYYYŹĆ!!! Ja wiem, że szczeniaczki gryzą rzeczy, przyjmuję to z pełnym zrozumieniem, a jednak! Aussik mój pod tym względem to małe szatanisko. Codziennie ćwiczymy komendy, szarpiemy się duuużo, robimy coraz dłuższe spacery (dobo, dłuższą bądź!), ale offa to tego pieska trzeba dopiero nauczyć. Na szczęście ładnie już kima 2-3 h w klatce i zaczyna kumać, że miejsce to jest do słodkiego umierania, żeby matki i futra rezydenckie miały trochę spokoju.

Niech płynie ten czas szybko!

Bo mi zdecydowanie lepiej się żyje z dorosłymi psami i nie romantyzuję okresu szczenięcego. Albo po prostu mam traumę po trudnym dorastaniu Farsy. Nie jestem pewna. Tak czy siak może się okazać, że Aplauz mi ten czas odczaruje. Ekscytuje mnie tym niemniej myśl, że za jakiś czas będziemy robić tyle wspaniałych rzeczy, odkrywać sporty, jeździć z Farsą w góry i wieść życie pełne radości, bo tej Aplauzikowi nie brak! Kibicujcie nam mocno!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.