Miałeś przyjaciela w nim… Czy na pewno chcesz szczeniaka?

Ileż można o tym samym? Chyba bez końca. Nie przestają mnie bowiem zadziwiać i smucić historie z psami w roli głównej, które nie musiałyby źle się kończyć, gdyby w ogóle się nie zaczynały.

Reks ma dopiero osiem miesięcy. Zdążył stracić dom i nauczyć się warczenia na podchodzących ludzi oraz dawania upustu trudnym emocjom przez gryzienie. Znam matkę Reksa i znałam inne psy z tego miotu, gdy były psimi dzieciakami. Żadne z nich nie wykazywało i – z tego, co mi wiadomo – nie wykazuje również teraz zachowań agresywnych w stosunku do ludzi. Tylko Reks. Cóż, samo się nie zrobiło.

Chcesz psa. Do kochania, głaskania, ochrony, może zabicia samotności. Kupujesz miski, wór karmy, poduszkę, smycz i jakąś zabawkę. Mamy to, myślisz. Podpisujesz umowę adopcyjną lub z hodowcą. Szczeniaczek jest słodki. Pełno w tobie ekscytacji. Czujesz, że to nowy rozdział w twoim życiu, które dzięki psu stanie się lepsze. Jest jeden problem. Nie masz zielonego pojęcia o tych zwierzętach. Wydaje ci się coś innego. W końcu pamiętasz, jak za dzieciaka na wsi bawiłeś(aś) się z waszym “wilczurem”. To był dopiero pies! Taki do swoich dobry, ale obcego na podwórze nie wpuścił. I dzieciom krzywdy nie zrobił. Dostał w połatanym, żeliwnym garze resztkę zupy i był zadowolony. Żył w dobrym zdrowiu 15 lat. Ojciec wychowywał go twardą ręką. Jak Azor udusił kurę albo wyskoczył przez płot, to dostał od ojca wpierdol, trafił na łańcuch i już wiedział, że ma być posłuszny. Mądre bydlę, myślisz nostalgicznie. Planujesz, że twój pies będzie miał lepiej. Będziesz go przecież mieć w mieście, w ciepłym mieszkaniu. Zapewnisz mu spacery 3 razy dziennie, żeby nie sikał w domu i żeby wybiegał się w parku za patykiem. No i nie będziesz go bić, jesteś przecież przedstawicielem (przedstawicielką) lepszego pokolenia… Jesteś zresztą pewien (pewna), że przez najbliższe kilkanaście lat zajebiście będzie ci się chciało łazić godzinę po pobliskim parku, gdy będziesz padać na twarz po 8 godzinach pracy. Ale myślisz, że nawet jak ci się nie będzie chciało, to się zmusisz i przynajmniej się poruszasz, może schudniesz albo przestaniesz mieć zadyszki po wdrapywaniu się na drugie piętro.

Na początku szczenię jest rozkoszne. Nie gniewasz się, że wdepnąłeś(aś) w kałużę ciepłych sików (swoją drogą nie mogę się zdecydować, czy gorzej jest mieć na skarpetce ciepły czy zimny mocz o poranku, ale Farsa fundowala mi nieraz oba rodzaje takich mokrych pobudek) albo że pieseczek cię podgryza, a jak byłeś(aś) w pracy, to zjadł ci kapcia. Na smyczy nie umie chodzić, gryzie ją i rwie przed siebie jak zły. No, ale się nauczy. Przecież szczeniaczki tak mają, nie? Twoja wyrozumiałość topnieje, kiedy wdeptujesz po raz trzynasty w ciągu dnia w szczochy mieszczące się centymetr od podkładu. Patrzysz na pieseczka mniej przychylnie, gdy w szale zabawy dziurawi ci kolejną bluzkę, jedną z tych ulubionych, a drewniane nogi twojego stołu wyglądają, jakby ucztowała przy nim rodzina bobrów. Mówisz pani z zoologicznego, że twój pies to szatan i z bólem serca wydajesz kilkadziesiąt złotych na kolejną, nowiutką flexi, choć wiesz dobrze, że jeszcze w tym miesiącu zostanie przegryziona. A te spacery, które miały cię odprężać po pracy? Przede wszystkim jest ich za dużo. Trzy dziennie powinny w zupełności wystarczyć. Tymczasem pies skończył cztery miesiące, a ty nadal zastajesz w mieszkaniu labirynt ze szczochów. Do tego, gnojek, podarł ważne dokumenty. A przecież położyłeś(aś) je na biurku, do którego jeszcze miesiąc temu nie dostawał na dwóch łapach! Do tego jesteś padnięty(a), musisz ogarnąć ten syf, a ten cieszy się jak debil, plami ci spodnie mokrymi od szczochów łapami, gryzie ci dłonie, piszczy histerycznie i musisz z nim wyjść. Idziecie do parku, ty ledwo powłóczysz nogami, a pies szarpie, wyrywa, w międzyczasie wciąga do pyska znaleziony na trawniku, czerstwy chleb, zanim zdążysz zareagować. Obszczekuje każdego napotkanego czworolapa, który – masz wrażenie – patrzy na was jak na debili. Mało tego – kiedy cię nie ma, nie korzysta z zostawionych zabawek ani przysmaków. Oprócz demolowania wszystkiego, co mu się uda capnąć, durny kundel drze się, szczeka, piszczy i jazgocze przez te długie godziny. Sąsiedzi zaczynają się czepiać. Z przepraszającym uśmiechem odpowiadasz im, że jesteście w trakcie nauki, chociaż to gówno prawda, bo już straciłeś(aś) nadzieję, że pies się sam ogarnie, a twoje metody zawodzą, jedna po drugiej.

A, właśnie. Metody wychowawcze. Obejrzałeś(aś) wszystkie filmiki na kanale Johna Doga, ale twój głupi szczeniak jest na nie odporny. Przeplatasz więc te wszystkie wskazówki z “tradycyjnymi” środkami. Ale hej, żeby nie było – starasz się być pozytywny(a), wpychasz zwierzakowi do gardła tonę przysmaków dziennie za każdą pierdołę. Czasem jednak nerwy ci puszczają i targasz psa za karczycho, gdy sra w domu, patrząc ci głęboko w oczy. Choć w książce o szkoleniu pisali, że tak nie można. Czujesz się więc trochę jak przegryw albo obrażasz się na “nowoczesne” metody. Innym razem wrzeszczysz na niego i przewracasz na plecy, kiedy w końcu złapiesz go w parku na smycz. Nic nie działa. Twój pies jest coraz głupszy. Idziesz do behawiorysty. Na grupowym treningu jesteście najgorsi. Twoje szurnięte zwierzę przynosi ci wstyd, w ogóle się nie skupia się na tobie i twoich słowach. Szczeka na innych, ignorujących go kursantów. Waży już ponad 10 kg, więc bark masz ponaciągany z każdej strony. Trener każe ci kupić taką a taką smycz, taką a taką zabawkę i ćwiczyć to w domu. Nie masz na to za dużo czasu. Coś tam próbujesz, ale bez efektów. Wydajesz pieniądze na kolejne treningi i narzędzia, ale masz wrażenie, że ten głupi kundel jest niereformowalny. Opowiadając o nim, używasz samych negatywnych epitetów. Czasem się z tego śmiejesz, ale w gruncie rzeczy czujesz, że twoje ukochane zwierzę cię dobija, rujnuje ci życie. Przez to, że sieje destrukcję, nieustannie naraża cię na koszty, na które nie możesz sobie pozwolić. Toż skąd mogłeś(aś) wiedzieć, że oprócz karmy będziesz musiał(a) kupować zwierzęciu coś jeszcze! Postanowił ci też zrobić na złość, kiedy w weekend zeżarł coś na spacerze, srał niemal wodą i musiałeś(aś) zostawić miliony u weterynarza, choć byłeś(aś) przed wypłatą. Jego wycie, kiedy jest sam, powoduje, że grozi ci wylotka z wynajmowanego mieszkania, które lubisz. Już prawie nikt nie odpowiada ci miło “dzień dobry” w windzie, ale chrzanić, powinni zrozumieć, że to młody pies i że ty pracujesz, nie?

W końcu pewnego wieczoru pies leży rozlany na całej kanapie tak, że nie masz gdzie usiąść. Każesz mu zejść, ale cię olewa. Zaczynasz na niego krzyczeć – bez skutku. Próbujesz go przesunąć na bok. Warczy na ciebie. Tego już za wiele! Łapiesz go za kark i chcesz zrzucić na podłogę. Wtedy pies kąsa cię do krwi w rękę i patrząc na niego z ogromnym szokiem, już wiesz, że czara goryczy się przelała.

Szczenięta są problematyczne, ale nie zawsze aż tak. Może masz tylko jeden albo dwa z tych kłopotów, ale i to może wystarczyć. Nie szukasz mu domu na OLX ani na Facebooku. Nie wpadasz na to, nie chcesz robić sobie dodatkowych kłopotów albo po prostu boisz się, że im dłużej pies u ciebie zostanie, tym trudniej będzie ci podtrzymać tę decyzję. Pakujesz zwierzaka w samochód i zawozisz go do schroniska. Żeby nie wyjść na totalnego gnojka albo gnojkę w biurze placówki, bierzesz psu jego kocyk, żeby czuł się dobrze i bezpiecznie, bo ten kocyk na pewno, kurwa, załatwi sprawę ogromnego stresu, jaki zwierz przeżyje w schroniskowym boksie… Zaopatrujesz się też w paczkę chusteczek, którą zużyjesz przed pracownikiem schroniska, powtarzając maniakalnie, że musisz i że nie masz wyboru.

Wiesz, właściwie pół biedy, jeśli to schronisko ma wysoką adopcyjność, a już-nie-twój pies ma magnetyczną urodę. Pewnie robisz mu przysługę i trafi lepiej. A może nie? Może ta uroda będzie jego przekleństwem i zamieszka z cynikami, którzy zlekceważą jego problemy. Może to będzie oznaczało kolejny, stresujący pobyt w schronisku. Może nie ostatni. I może to biedne psisko zgromadzi po kilku domach taką kartotekę, że pracownicy schroniska nie będą mogli o nim finalnie powiedzieć nic dobrego. Przecież tułanie się w kółko od domu do bram schroniska to dla dojrzewającego psa ogromny stres niezwiastujący w przyszłości stabilnej psychiki…

A wszystko dlatego, że ci się, kurwa, zachciało żywej zabawki, która miała działać na pilota i istnieć dla ciebie. Nie, nie i jeszcze raz nie. “Posiadanie” szczeniaczka nie jest super. To nie będzie tak, jak w twoich zuchwałych oczekiwaniach, że młodego psa ułożysz sobie jak chcesz i spokój. To będą miesiące poświęceń, wyrzeczeń, gówien, sików, wydatków, strat, zmiany nawyków, docierania do granic wytrzymałości. Jeśli chcesz tylko sprawdzić, czy podołasz, to jesteś absolutnym gnojem albo gnojką. Ludzie zmagają się z różnymi dramatami, z powodu których oddają swoje zwierzęta. Jeśli jednak to nie los, a ty nawaliłeś(aś), to trudno cię nie oceniać. Nie rodzi się przecież dzieci dla testowania i tak samo nie należy traktować zwierząt jak produkty, które można zareklamować.

Farsa przez dwa miesiące naszej wspólnej egzystencji nauczyła mnie ważnej rzeczy… Ja jestem w stanie ułożyć psa tak, żeby dostosował się do mojego stylu życia. Łaciata jeździ ze mną przecież autobusami, grzecznie zachowuje się w sklepie, w którym pracuję, zabieram ją do restauracji, schroniskowego biura i niemal zawsze jest cud-psem. Jednak wzamian ja muszę akceptować jej rytm (spania, jedzenia, załatwiania się), jej szybkie nudzenie się (5 minut treningu to nasza optymalna norma, podczas gdy z moim poprzednim psem, Atosem, mogłam wałkować stare komendy godzinę i nie miał dość), jej wybrzydzanie, gdy dostaje za długo ten sam rodzaj karmy, jej gadulstwo, płochliwość i histerie, które oczywiście staram się sukcesywnie minimalizować dla jej komfortu psychicznego. Czasem jest mi zajebiście trudno, czasem czuję, że nie daję rady, a w nerwach zdarza mi się pomyśleć okropne rzeczy na jej temat, choć nie będąc na skraju wytrzymałości, w życiu bym ich nie pomyślała.

Szczeniak to nie twój niewolnik. Szczeniak się rozwija, jest niezależnym bytem, za który zadeklarowałeś(aś) się wziąć odpowiedzialność. I nagle szok, że to nie jest tak, jak sobie wyobrażałeś(aś) pod względem czasu, pieniędzy, wiedzy i chęci. Sedno w tym, że za twoje błędne imaginacje nie płacisz ty, lecz ktoś inny – ktoś, kogo okrutnie uprzedmiotowiłeś(aś).

Ja tu jeszcze tylko zostawię tę piosenkę Słonia w pokoju, bo nic więcej dodawać nie trzeba.

Trzymajcie kciuki za Reksa. Jesteśmy na etapie wyciągania go z boksu i przekonywania, że smycz i kaganiec nie zrobią mu krzywdy. Szukać będziemy mu domu wybitnie świadomego i nastawionego na kawał ciężkiej pracy.

6 thoughts on “Miałeś przyjaciela w nim… Czy na pewno chcesz szczeniaka?

  1. Trochę jakbym czytała o sobie i Petrze, suni która przywiozłam z Jordanii. Cały czas się docieramy, mówiąc delikatnie 😊

    1. Ach, “docieramy” to idealne słowo! Lepsze niż “wycieramy”. 😉 Praca, cierpliwość, wyrozumiałość, czasem gotowość do zmian i poświęceń to wszystko, czego trzeba. Wszystkiego dobrego dla Ciebie i Petry!

  2. Kurde. To jest najlepszy tekst jaki widziałam od dawna. I bardzo prawdziwy.
    Zaadoptowałam szczyla. Właściciele suki nawet nieszczególnie wiedzieli ile ma tygodni, bo zaczęli wydawać maluchy gdzieś po piątym tyg, ale zakochałam się od pierwszego wejrzenia. I w sumie wygrałam los na loterii, bo młoda mało psoci, pomijając fakt, że weszła w okres darcia ryja na każdego psa jakiego widzi i który nie jest naszym psem. Myślałam, głupia, że jak się wychowa jako czwarta w grupie to socjalizację będę miała na tiptop, a tu nagle bach, czwarty miesiąc, pies skomle i rzuca się na każdego burka za płotem. Poza tym jest świetna.
    Ale tak myślę sobie, że nie wiem czy chciałabym adoptować półrocznego czy rocznego psa, który poleciał do schrona pewno za to, że ktoś go rozpuścił jak dziadowski bicz i ja bym to musiała naprostować. Pewno bym umiała, pochlebiam sobie, ale nie wiem czy chciałoby mi się ładować w to miesiące praktyki, skoro nauka szczyla od zera idzie mi łatwo, i najpewniej łatwiej niż z psim nastolatkiem.
    Ale może kiedyś się dowiem i wtedy będę sobie przypominać ten tekst, że to NIE JEST WINA tego psa, że ktoś go spieprzył.

    1. High five! Moja 4-miesięczna Farsa obecnie też ma fazę kozaczenia szczekaniem na inne psy, choć ogólnie wszystkie uwielbia. W zależności od przyczyny można to często wyeliminować. 🙂 Co do adopcji psów “po przejściach”, to temat-rzeka, ale czasem niektóre rzeczy działają wręcz odwrotnie. Dla przykładu – rodzice mojej partnerki adoptowali półtoraroczną sukę, która została oddana do schroniska z powodu alergii dziecka. Piesa miała w poprzednim domu tak dobry start, że oprócz ciągnięcia na smyczy nie trzeba było nic z nią robić, czystość w mieszkaniu, stosunek do ludzi i zwierząt, komendy, jazda autem i samochodami opanowane doskonale. Często psy dorosłe w schroniskach mogą mieć dobre zaplecze i trafić tam wyłącznie z powodu trudnych sytuacji życiowych lub czyjegoś poczucia bezradności. Ja chciałam psa dorosłego, los przyniósł mi szczeniaka i chyba nie żałuję, bo jest to ekscytujące, że szlifuję go od zera, ale czasem mam dość, także wszystko ma plusy i minusy. 🙂 Serdeczne gratulacje, że u Was jest dobrze, oby tak dalej! <3

  3. Mam w domu 12 letniego adopciaka (miał pół roku jak trafił do nas). Przerobiliśmy chyba wszystko (lęk separacyjny, niszczenie, brudzenie, wycie, agresję do innych psów, panikę w samochodzie, odmawianie jedzenia pod naszą nieobecność (jedyne które zostało)), nie zamieniłabym naszego Rudzielca na milion psów. Teraz nasza rodzina powiększyła się o córkę (obecnie 6 lat) i szczeniaka (8 miesięcy). Jednak po walce o Rudego nie czułam się na siłach (z 6 latką w domu i psim staruszkiem po przejściach) na adopcję psa. Luiego (owczarek szkocki) mamy z chodowli. Jest ogromna różnica jeśli chodzi o wychowanie i ufność szczeniula z “dobrego domu” w porównaniu z tym co zaserwował nam Rudy. Teraz po kilku miesiącach razem mam w domu idealne trio:) Nie wyobrażam sobie życia bez moich futer. Pozdrowienia Justyna

    1. Justyna! Bardzo to piękne, że tak walczyłaś wraz ze swoją rodziną o relację z adopciakiem. Aż miło czytać. 🙂 Doskonale rozumiem decyzję o kupieniu drugiego psa w hodowli, bo sama takową podjęłam w kwestii przyszłego brata lub siostry dla mojej Farsy. Ważne, aby podejmować decyzje najlepsze dla siebie, psiaka i całej rodziny. Pozdrawiamy również!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *