Wściekłe bydlę, czyli dlaczego kobiety z wózkami dziecięcymi omijały mnie szerokim łukiem

Środek parku: wielki pies tarmosi w zębach smycz, wściekle przy tym warcząc. Ludzie gapią się na niego co najmniej zaniepokojeni, a opiekunka nic z tym nie robi, tylko idzie z bestią dalej. Ten pies i ta opiekunka to Diego i ja.

Najpierw kilka słów wyjaśnienia. Diego to starszy pies, trochę owczarkowaty, którego moi przyjaciele zabrali ze schroniska prawie rok temu. Ale przed tym happy endem swoje wycierpiał. Głównie dlatego, że za kratkami był już dwa razy. Schronisko jest dla psa stresem samym w sobie. Dodajmy do tego dziesiątki obcych, równie zestresowanych i niekiedy agresywnych zwierząt, które wzajemnie się nakręcają. Tak musiało być z Diegiem. Kiedy go poznaliśmy, na terenie schroniska ani burknął na inne zwierzęta. Był wobec nich spokojny. Coś tam szczeknął w ekscytacji podczas zabawy czy wyjścia z boksu, ale nie był to strach ani agresja.

Problemy zaczęły się potem. Schroniskowy stres w nowym domu puścił i z Diega zaczęła wylewać się trauma i skumulowane, nieprzyjemne emocje. Na widok każdego psa na spacerze rzucał się wściekle, szczekał, wariował. Kilka wizyt u behawiorystki złagodziło te reakcje, ale zdecydowanie nie rozwiązało sprawy. Zwłaszcza że kiedyś latem, gdy zobaczył w parku kilka psów naraz, a któryś go nawet obszczekał, Diego nie umiał sobie poradzić z nerwami i lekko ugryzł mijanego biegacza. Sprawy zaszły więc za daleko. Próbowaliśmy wielu rzeczy. Chcieliśmy, żeby trzymał sobie coś na spacerze w pysku, aby jego prawie owczarkowa krew pozwalała mu się dzięki temu uspokajać. Ulubiony szarpak, maskotka albo kong w ogóle go nie obchodziły. Za to na treningach samokontroli starał się jak mógł, bo ogólnie Diego jest psiskiem, które wyszłoby ze skóry, byleby zadowolić swojego człowieka. Jednak jego reaktywność oraz posrochroniskowe fiksacje nie pozwoliły mu zostać oazą spokoju. Ale pewnego dnia skubaniec wpadł na genialny pomysł, który na zawsze odmienił nasze spacery. Problem, jakim było wcześniej gryzienie smyczy, zamienił się w zaletę. Bo kiedy Diego zaczął chodzić na smyczy okrągłej (której przegryzienie ni hu, hu nie jest możliwe z jego wielką i starą szczęką) zamiast płaskiej, postanowił ją tak po prostu dzielnie trzymać w zębach. Tysiąc razy przypadkowi ludzie zdążyli powiedzieć: “hehe, pies prowadzi pana, a nie pan psa”. Hehe, żarty prześmieszne, ale nie za tysięcznym razem. Problem ludzie zaczynają mieć w momencie, gdy Diego zobaczy pobratymca, który mu się nie spodoba, i się zdenerwuje…

Kilka dni temu miałam okazję psiura wyprowadzić. Poszliśmy do najpiękniejszego we Wrocławiu (lepiej ze mną nie dyskutuj na ten temat, bo wyjdą ze mnie najgorsze cechy!) Parku Południowego. Na szczęście Diego ma w zwyczaju chodzić na długie spacery raczej o 13. niż o 16. Na szczęście, bo to raczej nie jest godzina, o której dziesiątki Januszów wychodzą z psami po pracy, puszczając je brawurowo ze smyczy i chwaląc się, że ich Aresy są mądre, choć atakują bez pardonu inne psy, olewając “chodź tu” wypowiedziane leniwie przez pana Janusza. Ale trafiło się kilka osób z psami na smyczach. Oczywiście na samym środku parku jakiś terier bojowo obszczekał Diega z mocą naprawdę wielu decybeli. I oczywiście Diego zatrzymał się i zaczął mordować smycz, szarpiąc ją we wszystkie strony i warcząc jak zły. Wystarczyło, żeby pan od teriera uśmiechnął się z politowaniem (ciekawe, czy byłby takim zaklinaczem psów, gdyby jego czworołap ważył nie dziesięć, a czterdzieści kilogramów), a dwie panie z dziecięcymi wózkami spojrzały wręcz besztająco i ominęły nas… naprawdę bardzo szerokim łukiem. Ale to i tak nieźle! Jeden pan Janusz próbował mi kiedyś wyperswadować, że pies jest niebezpieczną bestią i że zaraz przegryzie smycz i pozabija całe osiedle. No, mniej więcej o to mu chodziło.

Dlaczego nad tym się rozwodzę? Na pewno nie dlatego, że jestem wkurzona na tych ludzi. W zasadzie mam oceny w głębokim poważaniu, dlatego że to ja, a nie oni wiedzą, jaką drogę przeszedł ten pies i że to, co wygląda na agresję, jest jego jedynym sposobem na to, aby się wyładować i nie zrobić nikomu krzywdy. Wcale się więc nie dziwię, że przechodnie drżą na widok takiego krówska w stanie wyglądającym na furię. Pewnie sama bym drżała, będąc nimi i mając co najwyżej średnie pojęcie o sprawie. Ale chciałabym uczulić wszystkich na jedno. Nie róbcie z siebie ekspertów i nie wpieprzajcie się jak wspomniany pan Janusz, jeśli opiekun nie wyrządza psu krzywdy. Jakbym Diega na środku parku kopała po żebrach albo właśnie mordowałby jakiegoś maltańczyka na moich obojętnych oczach, to reakcje powinny nastąpić. Ale fakt, że pies nie zachowuje się wzorcowo, nie znaczy, że opiekun jest do dupy. Może znaczyć, ale nie musi. Jeśli ciekawi cię, co się odjaniepawla z jakimś napotkanym zwierzęciem, to grzecznie zapytaj opiekuna. Bo ja potrafiłabym ci wyjaśnić, dlaczego psisko moich przyjaciół sprawia wrażenie mordercy. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *