Kiedy godzisz się z tym, że twój pies nie jest idealny, zaczyna wam się układać

Wierzę, że każdy pies pojawia się w moim życiu po coś. Rolą Farsy jest dać mi lepę w ryj, sparterować mnie i nauczyć, że bardzo mało wiem o psach, ale bardzo dużo mogę się nauczyć. Myślę, że każdemu i każdej przydałaby się taka wewnętrzna Farsa, żeby być dla swojego psa po prostu lepszym człowiekiem.

Dupa pełna arogancji

A twórcy kursu o behawiorystyce psów ostrzegali, że szczeniaczki wychowane na butelce mają duże predyspozycje do lękliwości. Ale nie myślałam o tym, gdy przyniosłam do domu ośmiotygodniową kulkę. Toż wychowywała się w tymczasie z trzema psami, wprawdzie nie suką-matką, ale z psami. Wydawało mi się wtedy, że o psach wiem na tyle dużo, że szczeniak, który w sposób świadomy nie zaznał bezdomności i innych traum, nie sprawi mi problemów. Myślałam też, że wrzucanie takiego szkraba w ocean bodźców wyleczy go z niepewności własnych sił. Sądziłam, że książkowe, pozytywne metody są lekiem na całe zło. I co? Gówno. Scio me nihil scire. Wiedziałam, jak się szkoli szczeniaki, które z natury nie mają kompleksów. Ale pojęcia nie miałam, jak się obsługuje psie dziecko, które na wszelki wypadek boi się własnego cienia.

Potwarz

Szybko okazało się, że komendy, stosowanie na Farsie metod, które polecałam wielu ludziom i działały, a także stanowcze “nie”, gdy zwyczajnie traciła kontrolę nad emocjami… to wszystko zawodziło, jedno po drugim. Nauka czystości była drogą przez mękę, bo trawnik przed blokiem bardzo długo był dla Farsy zbyt straszny, żeby się tam wysrać. Wychodzę do kina i patrzę w telefon na obraz z kamerki w salonie (którą mamy tylko ze względu na psa), żeby sprawdzić, czy panna nie wyje w niebogłosy z powodu naszego rozstania. Skupianie uwagi i chodzenie na luźnej smyczy to nasza zmora, bo choćby nie wiem, jak piesa się dla mnie i smaczków starała być dzielna i pilna, to wystarczy jeden zewnęrzny, ministraszak, żeby jej mózg wylądował dwie planety dalej. No i to nieszczęsne szczekanie… Mój poprzedni pies, Atos, przyzwyczaił mnie, że jest oazą spokoju, przyklejoną do mojej lewej nogi, choćby wszystkie wiejskie Pimpki naraz go oszczekiwały. A Farsa wydziera się jak wściekła, gdy tylko jej wzrok zdąży skumać, że plama na horyzoncie to inny pies. Wydziera się też na dzieci i dorosłych, koty inne niż jej własne, okazjonalnie – na kosze na śmieci albo podmuch wiatru. I trzeba to przełknąć. Ten strzał w pysk, że mój pies w oczach świata jest niezrównoważony, niewychowany, nad którym nie jestem w stanie mieć stuprocentowej kontroli. Opadają ręce, głowa i poczucie, że wiem na temat psów cokolwiek.

Spirala frustracji

Potem przychodzi wkurwienie. Na siebie, rzecz jasna. Ale łatwo stać się klasycznym przykładem z książki o psychologii i przenieść te parszywe emocje na psa. Krzyk, szarpnięcie smyczą, przekleństwa… A przecież to biedne zwierzę jest uwieszone na mnie, jakbym była panem Jezusem. Jeden taki wyskok i Farsa gapi się na mnie skulona albo ucieka, jakbym katowała ją fizycznie po każdym śniadaniu, obiedzie i kolacji. Albo nie mogę mieć na jeden dzień złego humoru. Nie mogę mieć PMS-u. Nie mogę mieć gorszego dnia w pracy albo pokłócić się z dziewczyną. Bo mam wrażenie, że nawet moje małe, krzywe spojrzenie sprawi, że Farsie się ono udzieli i urośnie w jej histerycznej główce do jakiejś apokalipsy. Czasem nawet nie wiem, że jestem zła albo smutna, ale patrzę na moją sukę, jak wydziera się na przypadkowego przechodnia, który nawet na nią nie spojrzał, i uświadamiam sobie, że gdybym czuła się okej, to by do tego nie doszło. Bo kiedy mam ekstradzień, to mamy też ekstratreningi, sukcesy na miarę Oscarów, dużo mokrych całusków i spacery bez ciągnięcia i szczekania. No ale jednak bardzo często coś się pieprzy, biedna Farsa fiksuje, ja się czuję jak przegryw, więc ona fiksuje jeszcze bardziej, więc już w ogóle stwierdzam, że jestem dla niej najgorszą opiekunką, na jaką mogłaby trafić.

Wielkie olśnienie

Potem zaczynam opowiadać znajomym albo klientom różne rzeczy. Że poznaję nosework, kupiłam dyski do dogfrisbee, spotkałam się z trenerem, który pokazał mi magię targetowania, czytam książkę o metodzie B.A.T. i tak dalej, i tak dalej… I uświadamiam sobie, że przez ostatnie osiem miesięcy nauczyłam się dzięki Farsie o psach więcej niż przez kilka ostatnich lat poznawania teorii. W pewnym momencie przestałam się w kwestii behawiorystyki rozwijać. Schroniskowe psy, które raz na jakiś czas wyprowadzałam i te, którymi opiekowałam się jako petsitterka, nie angażowały mnie za bardzo emocjonalnie, nie mogłam wkładać w nie tyle serca, bo stworzenie więzi wymaga czasu. A teraz ten czas mam. Dwadzieścia cztery godziny na dobę uczę się pracy nad lękliwym i reaktywnym psem. Uświadamiam sobie też, że istnieje coś takiego, jak helloł… geny, na które nie miałam wpływu, biorąc szczeniaczka nieznanego pochodzenia. I jakoś tak robi mi się lepiej.

Akceptacja

Akceptacja chyba dopiero zaczyna naprawdę przychodzić. Jestem z Farsą na spacerze, ona wpada w histeryczne szczekanie albo z niewiadomych dla ludzkiego oka przyczyn zaczyna się trząść jak galareta, a ja umiem temu czasem zapobiec, a po fakcie – poradzić sobie z tym. Wiem, kiedy mogę ją puścić w parku bez smyczy, a kiedy lepiej ją asekurować linką treningową. Gdy zbliża się z naprzeciwka pies, wiem, że trzeba odejść na bok chodnika, usadzić pannę i w pewnych momentach dać jej jakieś zadanie (np. komendy lub targetowanie), a w pewnych pozwolić jej obserwować, jak inny czworonóg nas bezkolizyjnie mija. Umiem wyskoczyć z mordą do dzieci, które krzyczą i biegną w stronę Farsy, aby ją za wszelką cenę i bez pytania pogłaskać. Coraz lepiej oceniam, z którym psem się dogada, a który ją zestresuje. Uczę się stanowczo chronić jej przestrzeni. Każdego dnia staję na rzęsach, żeby zorganizować świat wokół niej tak, aby nie przerażał jej bardziej niż to konieczne. I zaczynam planować na przyszłość pracę nad wygaszaniem tych wszystkich emocji, żeby widziała świat w bardziej rzeczywistych barwach. Już nawet mniej przejmuję się, co sąsiedzi o mnie myślą, kiedy ona drze się na całe osiedle. Mniej mnie zajmują rozkminy, czy klient się na mnie obraził za zakaz głaskania, czy nie. Rozumiem już, na co mam wpływ, a na co nie. Ale przede wszystkim – kocham mojego psa takiego, jakim jest. Nawet jeśli mnie niesamowicie wkurwia, to cieszę się, że nie jest ideałem z filmu familijnego o psach i że trafiła właśnie do mnie, bo staram się pozwalać jej… być sobą. Bez oczekiwania od niej, że będzie bezproblemowa.

Psy nie są dla nas. Nie powinny być nigdy gadżetem kupionym lub adoptowanym głównie po to, żebyśmy pompowali swoje ego. Od tego mamy drogie smartfony albo atrakcyjne zdjęcia na Instagramie. Psy to nasi podopieczni, dla których stale powinniśmy się rozwijać i starać być najlepsi. One dopasowują się do naszej codzienności w milionach kwestii i wydaje mi się, że jesteśmy im winni to samo. Jesteśmy winni wydawać na nie pieniądze, czytać mądre książki, spotykać się z behawiorystami, a nader wszystko – pozwalać im na bycie sobą. To chyba ważne w definicji miłości, nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *