Szczeniak i lękliwy pies. Nasz przepis na udaną relację pod jednym dachem

Po prawie pół roku od wywrócenia sobie życia do góry nogami mam trochę przemyśleń na temat tego, jak dobrać drugiego psa do lękliwego rezydenta. Dziś chcę się podzielić tym doświadczeniem na wypadek, gdyby ktoś w podobnej sytuacji planował dopsienie. Zapraszam na przejażdżkę po autostradzie naszych wzlotów i upadków.

Friendly reminder: na How to HAU nie lubimy cukru pudru, lukru i innego idealizowania. Wychodzę z założenia, że w przypadku wzięcia pod swój dach nowego psa lepiej nastawić się na najgorsze i przeżyć w pewnych aspektach miłe zaskoczenie niż potem wyć, jojczeć i płakać, że pieski się nie dogadały, a nasz dom i kondycja psychiczna legły w gruzach. Dlatego będę dziś straszyć, dramatyzować i burzyć ci idylliczną wizję hasania z dwoma psami bez smyczy po kwiecistych łąkach (choć my akurat JUŻ hasamy!) oraz leżenia z dwiema psimi głowami na kanapie (tego u nas JESZCZE nie ma). Ale też pamiętajmy – Farsa jest Farsą, Aplauz Aplauzem, a każde dopsienie będzie wyglądać inaczej. Dlatego poniższe punkty to raczej zaproszenie do nastawienia się na pewne ewentualności, a nie złote rady dla każdej/go.

Dlaczego szczeniak, a nie dorosły pies?

Doskonale rozumiem potrzebę dopsienia, kiedy masz lękusa. Serio, aussie był u mnie w planach od lat, Farsa to wpadka (której oczywiście nie żałuję!). Krótko mówiąc, marzył mi się pies dziko zmotywowany do roboty. Zamiast niego trzy lata temu dostałam sucz zainteresowaną nieustanną, emocjonalną walką o życie, a nie jakimś frisbee czy innymi sztuczkami. Pojawienie się Aplauza było nieuniknione, ALE! brałam pod uwagę adopcję dorosłego psa w typie bordera, ozika albo po prostu kundelka z drajwem do pracy. Był jeden mocny kandydat, ale okazał się mieć podobną skalę problemów z mijanymi psami co Fa, dlatego ucieszyłam się, że trafił do fajnego, ale nie mojego domu. Wiedziałam kilka rzeczy:

  • nie mógł to być pies nadreaktywny ani lękliwy, bo miałabym dwie Farsy
  • nie mógł to być pies natarczywy ani przekraczający granice Farszu, bo zrobiłabym jej taką adopcją olbrzymią krzywdę

Pomimo że Farsa jest psem ładnie stawiającym granice, wiele pewniejszych od niej psów przekracza je bez pardonu, nie biorąc oponentki rozhisteryzowanej i nieczującej gruntu pod łapami na poważnie. Dlatego szczeniak! Raz, że biorąc psa z dobrej hodowli, miałam wpływ na bardzo dużo rzeczy związanych z jego charakterem i predyspozycjami. Dwa, że mając psa “od początku”, czułam, że i mi, i Farsie będzie sto razy prościej wpoić gówniakowi naczelną zasadę, pt. “Szanuj Farsza swego!”. Czy gdybym wybrała dorosłego adopciaka typu zrównoważona, miła i niekonfliktowa klucha, byłby to lepszy match niż szczeniak australijczyka? Ano, pewnie tak! Natomiast, co pewnej grupie psiarzy z obozu “twoje życie z psem powinno być nieustannym poświęceniem” może się nie spodobać… ja uznałam, że stając na rzęsach dla cholernie trudnego psa z adopcji, totalnie zasłużyłam na psiura skrojonego nie tylko na miarę Farsy, ale też na moją – na psa, o którym marzyłam od dawna każdego dnia.

Czy drugi pies jest wam do szczęścia potrzebny?

Polecam wyjść od tego pytania! Jak wspomniałam przed chwilą, ja tego psa potrzebowałam. Czy Farsz też? 100% tak! Jest bardzo “stadna”. W obecności zaufanych psów dość mocno zmienia się jej mindset, mniej ją przeraża świat i chłonie emocje swoich ziomków jak gąbka. Oczywiste? Moim zdaniem nie. Są lękusy, które lepiej czują się solo. Trzeba więc zastanowić się, czy nie wyświadczy się rezydentowi dopsieniem niedźwiedziej przysługi. Ja też uważam, że relacje lękusa z innymi psami poza domem nie są żadnym wyznacznikiem. Co innego – chodzić na wspólne spacery z psami znajomych, a co innego mieć intruza (bo nim jest dla rezydenta nowy pies) 24 na dobę na chacie. Naprawdę. U nas dużo się wyklarowało, kiedy wzięłam jako parodniowy dom tymczasowy szczeniaki ze schroniska. Oczywiście Farsa jednego i drugiego poznała poza mieszkaniem, ale mogłam zobaczyć projekcję tego, co planowałam, czyli jej reakcję na papika, który jest w jej przestrzeni 24 godziny na dobę. Dowiedziałam się wtedy:

  • że Farsa w domu broni zasobów przed drugim psem
  • jak znosi gówniakowe zaczepki w zamkniętej przestrzeni
  • ile czasu pochłoną mi podwójne, osobne spacery (yep, przejdziemy do tego jeszcze)
  • że klatka kennelowa stanie się po dopsieniu naszym najlepszym przyjacielem
  • że jeśli nie masz 200 m metrażu, tylko tak z 50, to trudno ci będzie izolować psy i – wracając do punktu wyżej – lepiej trzymać kciuki, żeby papik szybko załapał zamykanie w klatce bez stresu

Bez żadnej przesady – jeśli masz okazję wziąć szczenię na chwilowy tymczas czy zająć się w swoim domu papikiem znajomej osoby, zrób to. Takie doświadczenie pomoże ci uniknąć wielu mniej miłych zaskoczeń i da faktyczny ogląd na to, czy w ogóle ten szczeniak jest wszystkim zainteresowanym do szczęścia potrzebny.

Szczeniak nie sprawi, że problemy behawioralne pierwszego psa znikną

W społeczeństwie dryfuje błędne przekonanie, że wszystkim pieskom im więcej, tym weselej (patrz: akapit wyżej) i że w związku z tym drugi pies rozwiąże problemy pierwszego swoim towarzystwem. Weźmy lęk separacyjny. Niestety w momencie odbierania Aplauza z hodowli Farsz miała nawrót problemów z zostawaniem samotnie w domu. Nic, absolutnie nic, nie dało jej to, że w chacie pojawił się drugi pies. Lęk separacyjny to nadprzywiązanie wobec opiekuna, więc psie towarzystwo nie sprawi, że problem zniknie. Ja i tak miałam fart, że gdy podczas tego nawrotu musiałam raz czy dwa zostawić psy same, Łaciata się darła, a Aplauz chillował w klatce i nie dołączał do lamentu. To jednak naprawdę kwestia farta, bo czworołapom bardzo często udziela się takie zachowanie. Jeśli masz jednego psa szczekającego w samotności w domu, to jest prawdopodobne, że będziesz mieć teraz dwa. I kolejny problem, z którym się mierzę: Farsa nadal produkuje się wokalnie na widok psów i niektórych ludzi na spacerach. Dlatego nadal nie chodzimy na spacery nie-za-miastem wspólnie. Czasem wystarczy, że wychodzę z bloku obydwojgiem, żeby wrzucić ich do auta stojącego piętnaście metrów od klatki schodowej, ale akurat wyskoczy nam pies, którego Farsa nie znosi i mam dwa rozszczekane psy. Uwierz, staję na rzęsach, żeby takich akcji było jak najmniej i żeby nauczyć Aplauza spokojnych reakcji w takich sytuacjach, ale nie jestem w stanie, mieszkając na wrocławskich Krzykach, zminimalizować tegoż typu rzeczy do zera. Dlatego, jak to kiedyś określiliśmy w rozmowie o pieskach z Lu od Pameli i Raido, na początku nie masz dwóch psów, tylko dwa razy jednego psa. Cóż to znaczy, jeszcze wyjaśnię, ale pewnie się już domyślasz.

Przeciwieństwa się przyciągają… i czasem zderzają się łbami

Poświęciłam dużo czasu i energii, żeby nawiązać kontakt i relację opartą na pewnym zaufaniu z hodowczynią, która wybrała dla mnie Aplauza. Tak, wybrała. Po pierwsze, poczwarek to mój pierwszy pies z prawdziwej hodowli. Nie widziałam powodu, dla którego miałabym zakładać, że lepiej niż hodowczyni wybiorę sobie z miotu paputa, jeśli tych psów nie widziałam na co dzień. Po drugie, choć marzył mi się pies z konkretnymi cechami, miał być przede wszystkim dobry dla Farsy. Prawdę mówiąc, to trochę fantazjowanie, na którym się przejechałam. Hodowczyni wybrała mi psa najlepszego z możliwych: Aplauz żyje, żeby ze mną pracować, jest pewny siebie, z dużymi popędami pastucha, typ z tych hop do przodu, zrobię wszystko, byleby z tobą. Dla mnie prawie ideał! Dla Farsy… w teorii też. W praktyce bierzesz pewnego siebie, przebojowego gościa jako ten przeciwległy biegun dla psa o konsystencji emocjonalnej galaretki i okazuje się, że muszą się jakimś cudem spotkać w połowie. Ba! We troje musimy się spotkać w połowie. Z Farsą komunikuję się dość delikatnie, ciućkam, daję czas, a Aplauz to cegła, typ “mów do mnie drukowanymi, kiedy wypada mi mózg”. Taka miękka komunikacja jak z Farsą w ogóle z nim nie działa, kiedy jest bardzo pobudzony (ludzie żyjący z ozikami wysoce popędowymi wiedzą z pewnością, co mam na myśli). I potem idzie taka Milena z taką dwójką, lawiruje między dwoma różnymi tonami, brzmiąc co najmniej dziwacznie. Dlatego to miecz obosieczny. Fajnie mieć pewnego siebie psa w opozycji do lękusa, bo ten pierwszy naprawdę potrafi wesprzeć drugiego, aleee… stworzenie z tego połączenia harmonii będzie niekiedy naprawdę trudne.

Kontroluj interakcje

Jeśli masz lękliwego psa, to będzie on w interakcjach ze szczeniakiem odczuwać w okresie adaptacyjnym znacznie większy stres niż “przeciętny” dorosły pies. Trzeba zdać sobie z tego sprawę i zrozumieć, że podejście “muszą się dogadać” może bardzo rozwalić lękusa emocjonalnie. Nie, to ty musisz pomóc im się dogadać. Aby nie być gołosłowną, pokażę wam nagranie z kamerki (to było miesiąc od pojawienia się małego). Aplauz spał wtedy w nocy poza klatką. Pewnego poranka obudziłam się i usłyszałam dobiegające z salonu dźwięki tak zwanej naparzanki. Chciałam zobaczyć, jak działają moje psy, kiedy nie ma mnie obok. Zobaczyłam to:

To nie jest zabawa. Mowa ciała Farsy, jej mimika i rozpaczliwa próba odsunięcia oraz zatrzymania Aplauza pokazują, że przeżywała wtedy – on zresztą też – duże napięcie. Ona ma klatkę, do której zawsze się chowa, tuż za plecami. A jednak nie korzysta z tego, bo nie jest w stanie poradzić sobie sama z tą sytuacją. Zamknięta przestrzeń mieszkania ogranicza też możliwości komunikacji, np. zwiększenia dystansu. Dlatego po tym, co zobaczyłam na filmie i skonsultowałam z zaprzyjaźnionymi behawiorystami, przestałam dopuszczać do takich sytuacji. Psy zaczęły spędzać czas w domu rotacyjnie (jedno w klatce albo na spacerze, drugie luzem), a w przypadku fakapów w domu czy na spacerze wkraczam ja i pomagam Farsie odsunąć małego, kiedy przestaje się z nią liczyć. I to naprawdę świetnie działa, bo trikolory coraz częściej spacerują ze sobą spokojnie – oba bez smyczy! Oczywiście równotorowo uczę Aplauza sztuki odpuszczania, wzmacniam pożądane zachowania wobec Farsy i cementuję ich relację na otwartej przestrzeni, gdzie oboje mają więcej opcji komunikacyjnych.

Zadbaj o możliwość izolacji

Tutaj mówię z perspektywy osoby, która do dyspozycji ma wspomniane 50 metrów mieszkania, a nie metraż pałacowy, który rozwiązałby wiele naszych trosk. Uwierzcie, to utrudnia sprawę. I znów: miałam fart, bo mój papik szybko i bez perturbacji zrozumiał klatkę i jak na razie jest to jedyne miejsce, w którym ma jakikolwiek off. Życie bez klatek kennelowych byłoby dla mnie koszmarnym koszmarem. Ale nie zawsze ma się fart. Czasem szczeniaki gryzą pręty klatki, jojczą w niej jak obdzierane ze skóry i ogólnie zamiast się tam wyciszać, walczą w miejscu dedykowanym jako azyl o życie. Wtedy trzeba mieć osobne, zamykane pokoje. My mamy, ale co z tego, skoro na pokładzie są też koty, które nie życzą sobie izolacji i muszą mieć wszystko otwarte? Są jeszcze bramki do drzwi. I poważnie rozważałam to rozwiązanie, kiedy miałam jeszcze opory przed nocowaniem Aplauza w kennelu, a on odbierał mi resztki snu, goniąc o pierwszej w nocy koty albo wbijając Farsie na legowisko. Pomyślałam więc o bramce oddzielającej salon od przedpokoju, żeby koty mogły się swobodnie przemieszczać, a pies nie. No ale właśnie – bramka odebrałaby dostęp do salonu i klatki Farsie, która czasem lubi się w nocy przemieszczać między swoimi miejscami do spania. Widzisz, ile tu logistyki? A wiesz, ile próbowałam przewidzieć, a ile nie udało mi się przewidzieć? Odpowiedź na te pytania jest jedna: w opór! Dlatego plan na izolację, która nie dotknie jakoś bardzo emocjonalnie żadnego z psów, jest moim zdaniem niezbędny i w tak zwanym praniu ulegnie dużym modyfikacjom.

Osobne spacery – tak, serio!

Dopsienie do lękusa (ale też dopsienie ogólnie) najczęściej wiąże się z tym, że doba staje się krótsza niż kiedykolwiek. Już nie chodzi tylko o kilkanaście spacerów z gówniakiem, który nie trzyma czystości. Rzecz w tym, że oprócz masy spacerów fizjologicznych musisz doliczyć sobie drugie tyle na osobne wyjścia. Czemu tak? Zobrazuję to naszymi wyzwaniami.

  1. Jak wspomniałam, Farsz dużo szczeka – trochę lękowo, trochę nawykowo, a ozika do szczekania namawiać nie trzeba. Gdybym wyprowadzała tricolory tylko czy nawet głównie razem od początku, miałabym dwa nadreaktywne psy zamiast jednego.
  2. Dla lękliwego psa inny pies – obcy! (bo wspólne mieszkanie nie oznacza, że po tygodniu tworzą dream team) – na smyczy w twojej drugiej ręce to nic fajnego. Farsa nieraz spacerowała z innymi znajomymi psami, ale na tyle rzadko, że do dziś kiedy mam dwa psy na smyczach, Łaciata przypomina sobie, jak to jest stresowo ciągnąć jak parowóz. I po co jej to? Po co to mi? Po co to nam? Też bym nie chciała być zmuszana do spędzania czasu w tak bliskim cielesnym kontakcie z obcym człowiekiem cztery razy dziennie codziennie. Dlatego na to dałam im czas i ograniczałam wspólne spacery smyczowe.
  3. Twoja relacja ze szczeniakiem musi być silniejsza niż relacja obu twoich psów. Tak uważam, m. in. patrz punkt pierwszy. Jeśli twój lękus ma zachowania, których nie chcesz u swojego szczeniaka, nie dopuszczaj do tego, żeby maluch notorycznie je widział i małpował. Ja nie chcę, żeby Aplauz przejął za dużo zachowań siostry (a i tak na 100% coś przejmie).

Teraz to policzmy.

Farsa: 4 spacery dziennie: jeden 2/3-godzinny, jeden 15-minutowy i dwa 5-minutowe, co nam daje prawie 2,5/3,5 godziny.

Aplauz (zanim urósł mu pęcherz i gdy sikał co chwila): jeden spacer 1-1,5 h, jeden trening na dworze 0,5 h, jakieś dwa spacery 10-minutowe i cztery 5-minutowe (same odsiki), co nam daje ponad 2,5 godziny.

5-6 godzin na oba psy plus dojazdy w miejsca spacerowe (większe parki, lasy i łąki za miastem, miejsca na socjal dla małego). Do tego praca na pełen etat (zdalna, co było plusem w kontekście odsikiwania paputa). Mój związek. Chęć utrzymania relacji przyjacielskich. Praca w schronisku w weekendy. Prowadzenie howtohauowych social mediów. I czasem jakiś sen.

Jak to zrobiłam? Nie mam pojęcia, ale mój organizm daje mi sygnały w postaci uczucia ciągłego zmęczenia, że trochę mnie pogrzało. Z czasem oczywiście zaczęłam łączyć obowiązki, zabieram też 2-3 razy w tygodniu tricolory na wspólne spacery za miastem, a Aplauz trzyma już siusianie jak dorosły pies. Jest więc lepiej, ale było w opór ciężko i nadal mnie przeraża, że jeszcze przez parę miesięcy (bo przecież Aplauz jest w okresie dojrzewania) nie będziemy chodzić razem nawet na sikupy, bo akurat Farsa ma regres na spacerach, testujemy farmakoterapię, ale generalnie jest ciężko. Nazwijmy to po imieniu: pierwszy rok czy dwa są na maksa przesrane. I niestety skróciłam długie spacery Farsie. Nie trenuję z nią też za dużo, bo zwyczajnie nie mam siły, którą inwestuję w wychowanie Aplauza. Mam wobec niej wyrzuty sumienia z tego powodu, ale powoli udaje mi się je przepracować i zrozumieć, że wcale nie dzieje się jej żadna krzywda.

Czy serio jest aż tak źle?

Już nie, ale było. Łącząc szczeniaka z lękliwym psem, masz więcej logistyki, musisz mieć więcej czasu plus sił witalnych. I to potrafi wyżuć z życia. Wiem, że nie tylko ja tak mam, że troska o lękusa bywa toksyczna, nadmierna, bolesna. Tutaj good news – w wielu kwestiach wyluzowałam w relacji z Farsą. Aplauz zmienił mi całkowicie perspektywę, pozwala realizować to, czego nie mogę z Farsą, jednocześnie nauczyłam się z nim nowych metod pracy i zobaczyłam Farsę w nowym świetle, co pozwala mi wypracować świeże podejście do pracy nad jej lękami. Well! Po trzech latach sięgnęłyśmy po farmakoterapię i to w ogóle jest mega ciekawe i powiązane. I jeszcze jedna rzecz ważna: serduszko mi mięknie, gdy widzę, że na wspólnym spacerze jakiś dźwięk wzbudza w Farszu niepokój, ale widzi, że Aplauz jest spokojny i… idzie dalej. Mały stał się dla niej dużym wsparciem i poprawia jej na spacerach samopoczucie. Nie ma dla mnie lepszego potwierdzenia, że podjęłam dobrą decyzję i cały wyżej opisany wysiłek był i jest wart. Bo te moje durne pieski ewidentnie się po prostu już lubią.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.