Jeśli śledzicie nasz Instagram, to pewnie już wiecie, że jakiś czas temu Farsa zaczęła przyjmować leki jako wsparcie w pracy nad jej lękliwością. Po co, dlaczego, jak to wygląda i czy widzę już efekty?

Zderzenie ze ścianą

Oto, dlaczego po prawie trzech latach codziennej pracy nad zaburzeniami Farsy udałam się po pomoc do specjalistki i postanowiłam wprowadzić coś więcej niż suplementy “na uspokojenie”. Odkąd zawitał Aplauz, zmienił się tryb życia mój i Farsy. Wciąż poświęcałam i poświęcam jej dużo czasu, a ze szczeniakiem finalnie ma naprawdę fajną relację, ale wiecie, jednak nieco się pozmieniało – pewnie podobnie jest, gdy rodzi się w rodzinie bąbelek.

Wskutek tych zmian problemy adaptacyjne Farsy wybiły w kosmos. Mimo suplementacji CBD wróciły ataki paniki i rozlały się nie tylko na miejskie środowisko, ale i na spacery “w dziczy”, które do pewnego momentu były dla łaciatego pieska dekompresyjne. Poczułam, że to bez sensu – to znaczy cała praca treningowa, jeśli nie mogę sprawić, że moje życie będzie stałą i nigdy nie zdarzy się w nim coś, co rozbije Farsz na tysiąc kawałków. Łaciata znów straciła motywację pokarmową i nie zwracała na mnie uwagi w stresie, który powodowało tak zwane byleco. Bardzo często intensywnie oszczekiwała przedmioty (np. tackę po jedzeniu wyrzuconą na łące), pogorszyły się jej reakcje na psy, ludzi i miejskie dźwięki. Zupełnie jakbyśmy znowu znalazły się w najgorszym momencie naszej wspólnej przygody. A w domu, oprócz kulki przykrych i wielkich emocji, australijczyk w okresie dojrzewania…

Czułam, że nie dźwignę tego bez wsparcia i nie chciałam znów wypracowywać z Farszem tego wszystkiego od nowa, jeśli ta praca miałaby się spartaczyć przy pierwszej lepszej zmianie w moim życiu. Dużo otuchy dawał i daje jej na spacerach Aplauz, ale nie jestem aż taką masochistką, żeby dojrzewającego gnojka (z problemami dojrzewającego gnojka) wyprowadzać codziennie razem z Farsą, która mogłaby go nauczyć wielu niefajnych reakcji. A co ważniejsze, nie chcę, żeby moje psy były do siebie przyssane i żeby jeden był zależny emocjonalnie od drugiego. Walczymy o samodzielność Farsiaczka.

Nie da się ukryć, że ogromne wsparcie mentalne dostaliśmy w kwestii decyzji o lekach od Lu (dziękuję <3 ), bo w końcu ktoś rzucił mi na farmakoterapię światło szersze niż groźnie brzmiące zdanie: “leki to ostateczność”. Zrozumiałam, że naprawdę tego potrzebujemy, żeby ruszyć dalej.

Wizyta u specjalistki

Naszą farmakoterapię prowadzi pani Martyna Woszczyło z Pet Idea, specjalistka znana i ceniona, nie tylko we Wrocławiu. Jej wybór był oczywisty. 🙂 Między innymi dlatego, że jest zarówno lekarką weterynarii, jak i behawiorystką. Wiele osób pytało, jak ta pierwsza wizyta wyglądała i jak się na nią przygotować. Ponieważ sama zaczynam pracować z psimi klientami, wiem, że jest rzecz, która bardzo pomaga: nagrania! Zebrałam w jeden folder o nazwie “typowy Farsz”: szczekanie na przedmioty, ataki paniki, przerażenie puszką do noseworku, darcie japy na pusty plac zabaw, no wszystko, co miałam. Dlatego polecam nagrywać nie tylko sukcesy, ale i fakapy! Oprócz tego przed wizytą spisałam sobie wszystko, co uważałam w naszej historii za istotne:

  • pochodzenie Farsy jako główną przyczynę jej lękliwości
  • nasze początki pracy “za szczeniaka” i popełnione wtedy błędy
  • historię suplementacji CBD
  • metody treningowe
  • jak wygląda nasz przeciętny dzień
  • traumatyzujące ataki podbiegaczy na Farsę
  • najczęstsze triggery wywołujące panikę

Na pierwszą wizytę zabrałam Farsę do gabinetu, żeby p. Martyna mogła przyjrzeć się niektórym jej zachowaniom. Miałyśmy baaardzo długi i szczegółowy wywiad. No i co Wam powiem, p. Martyna to taki człowiek, że podczas wizyty czujesz się maksymalnie zaopiekowany/a i zrozumiany/a.

Jadąc tam, miałam świeczki w oczach, bo czułam ogromną przykrość, że mojemu psu jest tak źle. Choć nie jestem ponadprzeciętnie płaczliwa, podczas opowiadania historii Farsy musiałam postarać się nie rozkleić. W miarę mówienia uświadamiałam sobie, jak trudno jest temu zwierzęciu żyć z własną głową. Ile w tym wszystkim jest codziennej walki. Czułam też, że poległam. Że choć oddałam jej lwią część swojego serducha, to nie wystarczyło.

Ale wyszłam… pełna nadziei i uspokojona. Usłyszałam coś, co na stałe zmieniło mój mindset: że robię dobrą robotę i że będzie dobrze. Oczywiście słyszałam to nieraz od wielu przekochanych osób (nasz Instagram to przepiękna bańka wsparcia i serio uwielbiam nasze odbiorczynie i odbiorców). Zawsze mnie to podbudowywało, a taki feedback od osoby siedzącej w temacie był jak zdjęcie ze mnie wielkiego ciężaru wyrzutów sumienia. Zrozumienie, że głębokie zaburzenia twojego psa nie są twoją winą, pozwala się od siebie samej uczciwie odpi*przyć i zacząć widzieć to wszystko w taki sposób, jak jest naprawdę.

Diagnoza

A co właściwie mojemu pieskowi dolega? Zespół deprywacji socjalnej. Poznałam nazwę, ale tak poza tym bez zaskoczeń. Ogólnie zaburzenie jest typowe, gdy mówimy o braku doświadczenia różnorodności bodźców we wczesnym okresie rozwoju emocjonalnego. Myślę, że nasza historia dużo opowiada o tym, że nawet jeśli starasz się od początku o socjalizację i habituację szczeniaka, nie na wszystko masz wpływ. Farsa w domu tymczasowym mieszkała z trzema psami, ale to nie zrekompensowało jej braku stymulacji przez matkę, której nie miała. Dlatego dla mnie Farsz to piesek, w którym żyją farsze o dwóch smakach: jeden to smak pieska zsocjalizowanego, z piękną komunikacją, pieska, co w gabinecie p. Martyny zaśnie pod biurkiem i bez problemu przejdzie przez zatłoczone centrum handlowe; drugi smak farszu to mocno reaktywny, pokonują go najmniejsze zmiany w krajobrazie (np. “podejrzane” drzewo na środku pola), interakcje z ludźmi i psami, którzy czegoś od nas chcą, miarowe, powtarzalne dźwięki typu kopanie piłki na boisku. I ten drugi smak właśnie wymaga doprawienia lekami.

Co dostałyśmy?

Jako pierwszy strzał p. Martyna przepisała nam lek z grupy SSRI (nieistotne, jaki, bo wasz pies może potrzebować czegoś zupełnie innego) oraz Xatival (olejek CBD firmy Hempets – z trochę bardziej legitnym składem niż produkty komercyjne), dawkowany w większej ilości niż robiłam to dotychczas z komercyjnym CBD. Jako zalecenia treningowe w pierwszych tygodniach miałyśmy robić dużo spacerów dekompresyjnych oraz pracy na niskiej presji.

Obecnie umawiamy się z p. Martyną telefonicznie co wyznaczony czas, na ten moment wszystko wiemy i będziemy się kontaktować w sprawie recepty dopiero jak Farszu zje zapas leków.

fot. Katarzyna Sieto

To, co najbardziej ciekawi, czyli efekty

A jakże, są! Zaczęłam je widzieć mniej więcej po dwóch tygodniach.

  1. Przede wszystkim znów zniknęły ataki paniki wywołane tak zwanym “niczym”.
  2. Suka stała się mniej reaktywna dźwiękowo w mieszkaniu i zaczęła głębiej i więcej spać.
  3. Wzrosła motywacja pokarmowa. Sucha karma na powrót zaczęła być nagradzająca, choć nadal sobie dużo pracujemy na lepszym żarełku tam, gdzie jest trudno.
  4. Farsa zaczęła oferować pracę. Po wielu miesiącach zaczęła się we mnie wyczekująco wgapiać, żeby “coś” porobić, zwłaszcza, gdy widzi, jak dobrze się bawimy w treningu z panem owczarkiem.
  5. Niedawno miałam stłuczkę. Farsa siedząca na tylnym siedzeniu panikowała całe kilka sekund, czyli tyle, ile panikowałby przeciętny behawioralnie pies. Po spisaniu oświadczenia z panem, który wjechał nam w tylny zderzak, poszłyśmy na spacer w parku i Farsa miała normalne samopoczucie. Myślę, że kiedyś dochodziłaby po tym do siebie przez parę dni.
  6. Kiedy na spacerze z Aplauzem i Werką zaatakował nas bardzo nieprzyjemny, trudny podbiegacz z agresywnym opiekunem, po całym zdarzeniu Farsa była “tylko” rozdrażniona, ale nie spanikowana i znów: nie rozbiło jej to kilku kolejnych dni, jak to bywało kiedyś.
  7. Większa odporność na presję bliskości ciała. W życiu bym nie powiedziała, że piesek, który dostawał histerii, gdy próbowałam go nauczyć “akuku”, będzie mi się teraz pakować między nogi i… chodzić przy nodze! Nieśmiało zaczęłam marzyć, że może kiedyś tak jak z Aplauzem, trzasnę z Farsiaczkiem grupowy kurs z jedynki rally-O, bo kto nam zabroni, jak typiara się na dobre rozkręci. <3

Co się na razie nie zmieniło?

  1. Nasz największy problem, czyli oszczekiwanie psów, wciąż jest. Natomiast mam wrażenie, że na lekach wróciło to, co wypracowałam w jakimś stopniu treningowo, czyli w bardziej lajtowych mijankach z psami, np. w dużej odległości w parku, Farsz na widok psa oferuje mi swoją uwagę zamiast napyszczyć. Ale to wciąż mniejszość sytuacji.
  2. Duża reaktywność o zmroku.
  3. Rozsypka, kiedy schematy przestają działać. Na przykład Farszyk ma swój specjalny trawnik wyznaczony tylko na poranną dwójkę. Jest relatywnie daleko od trawnika na poranne siku i Łaciata, pomimo że dotarcie tam wiąże się z przejściem koło ruchliwej ulicy, ciągnie mnie w ową stronę jak cholera. Kiedy zdarza się, że na kupotrawniku są inne psy i proponuję jej sranko w innym miejscu, jej mózg wypływa dziurkami od nosa, bo JAK TO, HALO, TAM ROBIĘ CODZIENNIE, JAK SOBIE MAM Z TYM PORADZIĆ?

Generalnie spoko!

Jak na 1,5 miesiąca, uważam, że jest super i p. Martyna też nas uspokoiła, że wszystko idzie zgodnie z założeniem terapii. Także miałam fart, że pierwsza substancja tak dobrze “weszła”. Wiem, że niektóre osoby muszą testować kilka różnych środków, zanim trafią na skuteczny i niewywołujący skutków ubocznych u psa. Dlatego jeśli na początku brania leków porobiło się z waszym psem gorzej, koniecznie porozmawiajcie o tym ze specjalist(k)ą, któr_ może zalecić zmianę substancji lub zmniejszenie dawki. Nie róbcie niczego na własną rękę!

Dlaczego nie należy bać się leków?

Bo to nie jest tak, że każdy lek “na głowę” w mig uzależnia albo sprawi, że twój pies stanie się otępiałym zombim. Fun fact: Farsa bierze substancję, którą sama przyjmowałam w epizodzie depresyjnym. Tabletki brane przez pewien czas pomogły mi dojść do pewnej równowagi, kiedy byłam na liście osób oczekujących na terapię i musiałam się na czymś oprzeć, żeby w ogóle wychodzić z łóżka. Dlatego bardzo w to wierzę. Zarówno w ludzkim, jak i psim światku bardzo tabuizuje się psychofarmakologię. I jest tak jak na obrazku Michaliny Tańskiej:

Oczywiście, że niektóre leki mogą otępiać lub uzależniać. Ale po to idziecie do osoby specjalizującej się w temacie, żeby wszystko wam wyjaśniła i żeby farmakoterapia była bezpieczna i korzystna dla psa. Tak samo nie zgadzam się już od dawna z tym, że leki są be, bo wątroba. Serio, myślę, że permanentnie, niezdrowo podwyższony kortyzol w życiu mojego zdeprywowanego psa może go zabić szybciej niż tabletki. Poza tym tak czy siak należy włączyć do panelu badań profilaktycznych parametry wątrobowe. Jeśli macie wątpliwości, od tego są lekarki i lekarze, aby je rozwiewać i ustawiać sprawę tak, żeby było jak najmniej powodów do obaw.

Ten post nie jest merytoryczny i nie miał taki być. Nie znam się na lekach na tyle, żeby omawiać temat szerzej. Dlatego poszłam do kogoś, kto się z kolei bardzo dobrze zna. Chciałam wam tylko przez ten tekst powiedzieć, że leki w terapii lękliwych psów nie są już dla mnie czymś egzotycznym albo ostatecznym. Uważam już raczej, że życie Farsy jest za krótkie, żebym pracując nad jej zaburzeniami każdego dnia, czekała na bliżej nieokreśloną ostateczność. Wierzę, że za rok czy dwa mój pies będzie czuł się po prostu ogólnie lepiej, dużo lepiej, a niczego innego dla tej łaciatej główki nie pragnę bardziej niż spokoju.